Po dość zauważalnej nieobecności na blogu, w nowym roku postanowiłem wrócić i zrobić muzyczne podsumowanie tego minionego już 2016. Dziś wypada moja topka. Top 10 najlepszych płyt wydanych w zeszłym roku (których miałem przyjemność słuchać). W zestawieniu znalazły się trzy polskie albumy.

10. Daughter – Not to Dissappear


Stworzenie drugiej płyty to dość duża presja dla muzyków. Zwłaszcza gdy ich debiut przyjął się dobrze. Miałem nadzieję, że czarujący głos Eleny Tonry znów pozwoli mi marzyć i śnić. Tak też się stało. Wydany 15 stycznia 2016 drugi album brytyjskiego tria spełnił moje oczekiwania, bo wokalistka faktycznie czaruje delikatnym śpiewem, ale wkracza też na rejony o których na pierwszej płycie by się nie pomyślało. Piosenką No Care funduje słuchaczom cudną pobudkę po takim samym śnie. Instrumentalnie zespół wydeptuje ścieżki po których wcześniej nie stąpał i nie trzyma się tylko bezpiecznego gruntu-brzmienia pierwszej płyty. Choć nie do końca, nie grają przecież całkiem innej muzyki. Cały album jest spójny, a otwierający go New Ways to mój faworyt, jednak czegoś mi w tych piosenkach brakuje. Może to teksty za bardzo ckliwe? Może struktura zbyt prosta? Sam nie wiem. Jeśli słuchaliście, ocenicie sami.

9. PJ Harvey – The Hope Six Demolition Project


Od razu przejdę do rzeczy. Pod względem tekstowym album 10/10. Po wydanym w 2011 roku Let England Shake, na którym uderza w brytyjską politykę jednocześnie pokazując, że kocha swój kraj, PJ Harvey postanowiła nagrać kolejną płytę polityczną, z pieśniami, a nie piosenkami. Mocne słowa opowiadające między innymi o konflikcie w Kosowie zostały napisane podczas podróży w tamte rejony w 2011 roku. Muzycznie całość jest utrzymana w klimacie folk rocka, eksperymentalnego rocka czy alternatywnego rocka, wszystko z rozbudowaną sekcją dętą. Jak na wcześniejszym albumie. Trochę stąpanie po bezpiecznym gruncie. Choć rozumiem zamysł i myślę, że album jest bardzo dobry, sama forma nie odpowiada mi na tyle, żebym uznał go za jeden z moich ulubionych brytyjskiej artystki ani za jedną z trzech płyt roku. Ale już jedną z dziesięciu to tak.

8. Savages – Adore Life


Płyta wyszła pod koniec stycznia, ja o zespole dowiedziałem się w dniu ogłoszenia ich koncertu na Open’erze i momentalnie zakochałem się w ich brzmieniu i nietuzinkowym głosie wokalistki Jehnny Beth. Zespół nie ugiął się pod ciężarem metki „drugi album studyjny”. Na tej płycie słychać, że nabrali doświadczenia i nie boją się grać ze sobą. Wszędzie czuć post-punkowy ciężar, punkową energię i alternatywnego kopa. Riff otwierający album (ten z The Answer) wwierca się w ucho i wytwarza energię. A dalej jest jeszcze lepiej bo do oszałamiającego brzmienia dochodzą bardzo dobre teksty. Mówią o złu, które ludzie wyrządzają sobie nawzajem poprzez osądzanie i stereotypizację (Evil) albo stanowią wyznanie siebie (I am, I am/A sad, sad person/Always been/A sad, sad person z utworu Sad Person). Choć bardzo dobre to są tutaj tylko cztery. W ostatecznym rozrachunku płyta jest bardzo dobra.

7. Julia Marcell – Proxy


Julia Marcell zaskoczyła i postanowiła wydać płytę w całości po polsku. Efekt pozytywnie mnie zaskoczył, a większość piosenek spodobała mi się od pierwszego przesłuchania. Choć dopiero po usłyszeniu materiału na żywo w pełni doceniłem resztę. Julka pokazała, że potrafi pisać świetne, dosadne teksty często też pełne aluzji. To płyta o społeczeństwie i różnych jego odcieniach. O życiu w XXI wieku. Mamy tu temat seksismu i wpływu masowych mediów na ludzi (Tarantino), konsumpcjonizmu (Tesko), życia w internecie (Więcej niż Google) czy samotności w wielkim mieście (Andrew). To pop alternatywny, przyjemne brzmienie, które właśnie na koncertach odzywa się do słuchacza ze zdwojoną siłą. Szkoda tylko, że ten album jest taki krótki, pozostawia to swego rodzaju niedosyt. Może i dobrze? Więcej, Julia! Świetna płyta.

6. David Bowie – ⋆


Oceniam niezależnie od tego, że David Bowie (choć nie tylko on) wywarł niewiarygodny wpływ na kształtowanie się mojej wrażliwości muzycznej. Finalne dzieło wokalisty zmarłego 10 stycznia 2016 roku to płyta krótka, lecz treściwa. Dziewięć piosenek przesyconych pewną melancholią i dziwnym niepokojem. Na pewno jest to płyta, która potrzebuje czasu, żeby się w nią wgryźć i zrozumieć. Nie jest prosta, nie stanowi jakby składanki the best of, mieszanki stylów, w których poruszał się Bowie na przestrzeni swojej kariery. To tak jakby nowy rozdział, eksperymentalny rozdział czerpiący oczywiście garściami z przeszłości. Podczas pracy nad ⋆ artysta inspirował się twórczością amerykańskiego rapera Kendricka Lamara. Lubił jego piosenki i szanował za to, że nie trzyma się kurczowo ram wyznaczonych przez rap tylko tworząc piosenki sięga do jazzu czy bluesa. Do tego pierwszego sięgał też Bowie, instrumenty dęte słuchać już w pierwszym, 10-minutowym utworze podzielonym na dwie części. Tekst traktuje o terrorystach z państwa islamskiego. Szósty numer na płycie, Lazarus, po śmierci artysty wywołuje ciarki za każdym przesłuchaniem za sprawą wersu Look up here,/I’m in heaven/[…]Everybody knows me knowSue (Or in a Season of Crime) na płycie mnie rozczarowało. Ten utwór został wypuszczony rok wcześniej jako samodzielny singiel. W wersji niemal ośmiominutowej, którą z miejsca uwielbiałem. Na albumie ucięte do prawie pięciu, nie mam nic za złe, reszta piosenek jest świetna.. Czy to najlepszy album Bowiego? Moim zdaniem nie, na pewno dopięty na (ehh) ostatni guzik, dopracowany w każdym calu.

5. Warpaint – Heads Up


Singiel New Song zapowiadał zmianę. Miało być żywiej i w pewnym sensie bardziej zabawowo. Obawiałem się tego, chociaż piosenka mi się spodobała. Ale wraz z pierwszym przesłuchaniem trzeciej płyty amerykańskiego zespołu, wszelkie obawy znikły, bo płyta okazała się być prześwietna. Faktem jest, że dziewczyny z grupy wkroczyły tym albumem na trochę nową drogę dzięki takim piosenkom jak wspomniany wcześniej singiel czy So Good, które z powodzeniem można by puszczać na domówkach. No, może takich bardziej alternatywnych domówkach, ale mniejsza o to. To dalej są cztery dziewczyny z wielką pasją, energią i umiejętnościami. Brzmienie nie zmieniło się drastycznie. Album od początku do końca ma wszystkie cechy sprawiające, że można się zakochać w piosenkach na nim zawartych. To Warpaint z kapitalnym groovem, niemal hip hopowymi (brzmieniowo) numerami, głębokim basem. Co z tego, że tematy piosenek nie są zbytnio wyszukane bo jak zwykle traktują o miłości. Przymykam na to oko!

4. Badyle – 1.45


Ten młody zespół z Zabrza jest jednym z moich odkryć minionego roku. I nie boję się ich osadzić na tak wysokim miejscu. Trudno mi się oderwać od ich muzyki. Za każdym razem gdy włożę ich płytę do odtwarzacza, słucham jej przynajmniej dwa razy. Grają alternatywnie i mają akordeonistę. Niesłychanie piękne piosenki. Przyznam się szczerze, że na wydanym niezależnie w marcu albumie 1.45 nie ma piosenki, której tekstu nie znałbym na pamięć. A przynajmniej tak mi się wydaje póki leci muzyka. Nie ma też na tej płycie utworu, który by mi się w jakiś sposób nie podobał. Cała jedenastka ścieżek znajdujących się na krążku porusza mnie w niebywały sposób i uderza w serce i mózg. Nastraja taką dziwną energią, która często sprawia, że nie mogę spać (dlatego staram się nie słuchać tej płyty późnym wieczorem czy w nocy). Ta muzyka wywołuje we mnie reakcję „Tak! To jest właśnie to czego szukałem!”. Dzieje się tak za sprawą niezwykle klimatycznych i melodyjnych numerów oraz tekstów w większości napisanych przez Marcina Świętonia. Teksty te dotykają do głębi, są niesamowicie uniwersalne (a to ciężkie zadanie-sam wiem bo piszę). Chyba nikt jeszcze tak świetnie i prawdziwie nie śpiewał o zmęczeniu życiem. Trzymam za nich kciuki.

3. Red Hot Chili Peppers – The Getaway


Zespół kazał na siebie czekać 5 lat, ale gdy wreszcie oczekiwanie się skończyło i wypuścili singiel „Dark Necessities” z miejsca zakochałem się w brzmieniu, które tym kawałkiem zaprezentowali. Obrali też trochę inny kierunek niż na poprzednich płytach. Ale w końcu nic nie stoi w miejscu – wszystko ewoluuje. Z tego samego założenia wyszli pewnie panowie Kiedis, Flea, Smith i Klinghoffer i zdecydowali się na zmianę producenta z Ricka Rubina, z którym współpracowali od 1991 roku, na Briana Burtona znanego szerzej jako Danger Mouse. Wyszło z tego dzieło bardziej popowe, ale to akurat nie urąga temu albumowi bo znakomicie się go słucha. Piosenki na nim są lekkie, płynące, mają charakterystyczne cechy zespołu-w tym dobre flow tekstów mówionych i ach, jakże dobry od lat głos wokalisty, który przeżył zawód miłosny (choć teraz gdy piszę tą recenzję już ma uleczone serce przez pewną 21-letnią dziewczynę) i przelał swoje smutki na papier a potem podzielił się nimi z słuchaczami. Czyli to co zwykle? Hmm no niezupełnie. Jest tu też tekst poświęcony zmarłemu przed laty przyjacielowi Hillelowi Slovakowi (Feasting on the Flowers) czy utwór napisany o ojcu (The Hunter). Pięknie plumkający bas-to tak wracając do brzmienia. Świetna linia wokalna w refrenie The Longest Wave A, i gitara! Wspaniałe intro, a potem przejścia. W utworze „Sick Love” na fortepianie zagrał Elton John. Wyszło ciekawie. Go Robot to taki dyskotekowy hit, a This Ticonderoga zaskakuje zmiennym tempem. Na uwagę zasługuje jeszcze zamykający płytę Dreams of a Samurai. To długa, bo 6-minutowa kompozycja, która fanom śledzącym na bieżąco życie zespołu, znana jest z wcześniejszych wykonań koncertowych w nieco innej formie. Powtórzę: jest pięknie!

2. Hey – Błysk


Opakowane w papier w 4 kolorach (zielonym, brązowym, pomarańczowym i różowym) oraz w edycji specjalnej zawierającej opaskę na rękę, niepublikowane dotąd zdjęcia zespołu, plakat i wlepki dzieło miało swoją premierę 22 kwietnia 2016 roku. Katarzyna Nosowska wkrada się tu do serc i dusz udowadniając po raz kolejny, że w obecnych czasach jeśli chodzi o teksty, w polskiej muzyce nie ma sobie równych. Wystarczy spojrzeć czy usłyszeć tekst tytułowej piosenki z płyty: Dzielę się przez siebie tak jak liczby pierwsze/A pomnożona przez tą pustkę,jak przez zero – daję pustkę. Udało się jej nawet wkroczyć na nowy poziom z piosenkami takimi jak Historie czy 2015. W tej pierwszej-cichy komentarz o świecie, w drugiej-raczkujący optymizm. To przecudownie uniwersalne, nieznośnie trafne i niewiarygodnie prawdziwe teksty stanowią najjaśniejszy punkt na 11 albumie grupy Hey. Po eksperymentach z elektroniką na dwóch poprzednich płytach, zespół zapragnął oddechu i prostoty-zafundował fanom muzyczną ucztę nie uciekając przy tym w nadmiar i nie pozwalając im się przejeść. Kompozycje nie są skomplikowane-to połączenie rocka i pięknych smaczków elektronicznych-nie jest to w żadnym wypadku zarzut. I o to właśnie w tym chodziło. Zespół jest na nowej drodze. Dobrej drodze. Powiedziałbym znakomitej.

1. Radiohead – A Moon Shaped Pool


Każda płyta tego brytyjskiego zespołu to niemałe wydarzenie w muzyce. 17 lat temu zrewolucjonizowali świat muzyki swoim albumem Kid A. Ich dziewiąta płyta to aranżacyjny majstersztyk, głównie za sprawą Johnny’ego Greenwooda i jego partii orkiestralnych. Niewątpliwie przyczynił się też do tego talent producencki Nigela Godricha, stale produkującego albumy zespołu. I to właśnie te partie orkiestry są tym co najbardziej wyróżnia tę płytę spośród innych zespołu. Przeważają i zachwycają. A Thom Yorke niezmiennie urzekającym głosem wyśpiewuje swoje pełne metafor pieśni. Trudno też nie patrzeć na te utwory przez pryzmat zdarzeń w życiu prywatnym wokalisty. W ubiegłym roku, po 23 latach związku rozstał się z partnerką i matką dwójki jego dzieci.
To także powrót do nieco bardziej piosenkowego stylu-ostatnią taką płytą była rewelacyjna In Rainbows z 2007 roku. Na A Moon Shaped Pool znajdują się długie, ambientowe i rozbudowane kompozycje, jak i krótsze, zaaranżowane na gitarę akustyczną czy fortepian. Niesamowite wrażenie robi też uderzający w krautrockowe klimaty Ful Stop. A wierni fani, tacy jak ja, znajdą na płycie smakowite kąski – Identikit, utwór, który zespół zaczął grać na koncertach w 2012 roku i True Love Waits przepiękną balladę, która pojawiała się na koncertowych setlistach zespołu już w 1995 roku. Te dwa numery uległy lekkiemu zmodyfikowaniu, głównie w warstwie brzmieniowej, ale nie jest to w żadnym wypadku uchybienie. Dokąd Radiohead zmierzy następnym razem? Nie wiadomo. Na razie czekam na ich koncert w Gdyni i ogłaszam A Moon Shaped Pool najlepszym albumem muzycznym wydanym w 2016 roku.