Miałem bilet na koncert The Cure już od roku. Czekałem. Wreszcie nadszedł czas. Przed Atlas Arenę przyjechałem chwilę po 17. O 17.30 mieli wpuszczać posiadaczy biletów Golden Circle Early Entrance (jak to śmiesznie mówiła ochrona przez megafon „erly entrans”). Stanąłem w kolejce. Zespół w tym czasie miał próbę i można było usłyszeć jak grają „Plainsong”. Atmosfera była idealna na słuchanie. Ciągle padał deszcz, wszędzie mokro i smutno. Wreszcie wpuścili. Udało mi się zająć miejsce przy barierkach daleko po lewej, przy głośnikach. O 19.30 na scenę wyszedł support: The Twilight Sad. Zagrali krótki set składający się z energetycznych, post punkowo-indie piosenek. I jeszcze pełnych przesterowanej gitary co super brzmiało. Śpiewają w dialekcie szkockim i czasami trudno było ogarnąć te teksty. Niemniej jednak rozgrzali publiczność i sprawili, że chyba ich zacznę więcej słuchać. Bo, delikatnie mówiąc, to dobry zespół.

O 20.30 rozległy się dzwoneczki. The Cure wyszli na scenę i zaczęli grać Plainsong. Piękniej zacząć nie mogli. Potem Pictures of You i Closedown. Można by było pomyśleć, że zagrają całą płytę Disintegration. Byłoby cudownie. Nie zagrali, ale nie mam tego za złe bo dali cudny występ. Potem zagrali już swoje największe przeboje przeplatane smaczkami takimi jak One Hundred Years (z jednej z moich trzech ulubionych płyt zespołu, Pornography) czy The Last Day of Summer z płyty Bloodflowers. Można by się czepiać, że zabrakło więcej takich klimatycznych piosenek, perełek tworzących esencję brzmienia The Cure, że zarzucili je na rzecz tych bardziej skocznych, bardziej popowych numerów, ale mi osobiście takie rozwiązanie odpowiadało. Pierwszy raz miałem okazję usłyszeć i zobaczyć tę grupę na żywo, którą już trochę się fascynuję i uwielbiam jej twórczość. Bawiłem się przednio na tych niekwestionowanych hitach z rodzaju Boys Don’t Cry czy Friday I’m in Love. I In Between Days. Kocham te piosenki i tak bardzo się cieszę, że dane mi było usłyszeć je na żywo. Bo chyba tylko raz w życiu taką szansę miałem, kto wie.. Chociaż zagrali nowy, nigdy niepublikowany utwór It Can Never Be the Same. Piękna piosenka. Cudowne zwrotki muzycznie oparte na samym basie i perkusji.

Panowie chociaż nie są już tacy młodzi, zagrali świetnie. Pełen profesjonalizm, energia i radość z występowania na scenie. Robert Smith przepraszał, że tak mało się odzywa między piosenkami, ale myśli, że jest przeziębiony i w trochę słabszej formie. Jakoś tego zauważyć się nie dało! Wszystkie utwory brzmiały jak na płytach. A niektóre zyskały dodatkową siłę. A Forest Robert Smith zakończył dwuminutową, elektryzującą solówką na gitarze. Dla kogoś, kto był pierwszy raz, koncert bardzo satysfakcjonujący. Grali dwie i pół godziny! Smith już refrenu ostatniej piosenki nie mógł wyśpiewać, ale można mu to wybaczyć. Długo będę wspominał ten koncert. Było wspaniale!