W piątek 14 października miałem okazję przeżyć niezłą przygodę. Pojechałem do Warszawy wraz z kolegami z zespołu Radiovidmo. Zagrali koncert razem z kapelą Melancholy Hill w warszawskim klubie CH25. Wypad pozwolił mi spojrzeć na granie koncertów od innej, bardziej organizacyjnej, strony. Osobówka, podróż w piątkę i bagażnik wypchany sprzętem. Po mniej więcej godzinie jazdy złapaliśmy gumę. Normalka. Oponę rozerwało. Trzeba było ją wymienić. Godzina w plecy poszła z wizytą u wulkanizatora. Jechaliśmy potem bez większych problemów z przerwami na fajki i toaletę. Jazdę umilała coraz to inna muzyka ze Spotify, którym zarządzał DJ Konrad. Z Bielska wyruszyliśmy coś po 13, a na miejsce dojechaliśmy o 20.

Uderzył w nas ten rozstrzał pomiędzy pozorną pustką autostrady, miastami w jakich jesteśmy na co dzień, a wielkością Warszawy. Klub znajdował się niemal w ścisłym centrum i wielkie wrażenie zrobiły na nas znajdujące się wszędzie wieżowce. Tak, wszystko w tym mieście takie wielkie się wydaje. Nawet ławki w parku dłuższe niż np. na krakowskich Plantach. Jako, że byliśmy tam po 20, a koncert miał zaraz się zacząć, chłopaki sobie raczej nie odpoczęli. I tak musieli się rozłożyć trochę zmięci po podróży. Więc była obsuwa półgodzinna. Wiadomo, jaki koncert rockowy zaczyna się punktualnie? Na początku trochę to zmęczenie było widać, ale potem gdy zespół się rozkręcił, wszystko minęło. Zaczęli od nowych kawałków, w tym jednego z takim dobrym bitem, innego całkiem niż wszystko co grali. Potem już grali znane mi, smutne, alternatywne, gitarowe piosenki. Zagrali bardzo dobry koncert, a w sali, bardzo klimatycznej, było w sumie pełno ludzi.

Po nich na scenę wyszło Melancholy Hill. Te dwa zespoły świetnie się dopasowały, szczególnie z klimatem swoich piosenek. Na 2 i pół godziny klub przeistoczył się w oazę pięknej melancholijności przeplatanej krótkimi wybuchami szczęścia. Samo odreagowanie emocji po koncercie, uzupełnienie zużytej energii i pakowanie sprzętu zajęło godzinę. Zespół udostępnił nam jako miejsce noclegowe swoją salkę prób. Duża, z łazienką. Wyglądała jak mieszkanie i zrobiła na nas wszystkich wrażenie. Szczególnie na mnie, bo gdyby salki takie jak widziałem mogłyby chodzić i czuć, małe, ciasne, ze ścianami wyciszonymi pudełkami po jajkach, przy takiej schowałyby się ze wstydu. A członkowie Melancholy Hill to bardzo mili i fajni ludzie. Dobrze się z nimi prowadziło nocne rozmowy. Świetnie też grają.

Siedziałem i starałem się notować w głowie, zapamiętywać wszystkie uwagi o muzyce jakie od nich i kolegów usłyszałem. A to wnioski: Samo dbanie o zespół sporo kosztuje. Ciągłe wyjazdy kosztują. Paliwo (chyba) nie tanieje. Wynajęcie sali w której można próbować. Wynajęcie sali na koncert w niektórych klubach. Paskudna polityka klubów, dzięki którym oni zgarniają większość pieniędzy z koncertów, a zespołom dają mało. Długa droga na początku. Można by tak wymieniać. Na szczęście wszystko wynagradza ta trudna do opisania mieszanina uczuć gdy stoi się na scenie i widzi przed sobą twarze ludzi, którzy (przynajmniej w większości) przyszli posłuchać Twojej krwawicy. I sam fakt, że robi się to co kocha, że realizuje w swojej pasji.

Na drugi dzień wybraliśmy się już w piątkę na zwiedzanie stolicy. Na Śródmieściu zrobiłem sobie zdjęcie z Fridą Kahlo, jedyne jakie mogłem niestety, zobaczyłem pałac prezydencki i krzyże pod nim stojące oraz syrenkę. Ta ostatnia zawsze mi się na pocztówkach większa wydawała i zdziwiłem się, gdy ledwo ją dostrzegłem na placu. Wyjechaliśmy po południu i bez większych problemów dotarliśmy do Bielska o 22.00. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy niszczycielską siłę żywiołu-ognia, który spalił doszczętnie jakiś zajazd. Ten wyjazd uświadomił mi jak wiele jeszcze nie wiem o muzyce i jak wiele genialnej muzyki jeszcze nie słuchałem, jak wiele muszę poznać.