Jenny Lee Lindberg zdaje się być, razem ze swoimi koleżankami z zespołu Warpaint, tytanem pracy. Oto gdy czwórka dziewczyn koncertowała promując swój drugi studyjny album, ona zdążyła jeszcze nagrać solową płytę Right On!. Gra też na niej na basie i gitarze. Postępami swojej pracy dzieliła się za pośrednictwem portali społecznościowych, a końcowy efekt fani poznali 11 grudnia 2015 roku. Idealny prezent na koniec roku. Sama Jenny Lee nie usiedziała długo na miejscu bo już w styczniu wyruszyła w krótką trasę koncertową po USA promując swoje wydawnictwo. Jednak cóż można innego gdy zawód wokalistki i multiinstrumentalistki jest pasją, gdy kocha się to co robi?

Tak, na dziesięciu piosenkach na które składa się ten album słychać dobrze, że artystka włożyła całe serce w ten projekt. Stworzyła płytę, którą najlepiej słucha się w półmroku, która swoimi dźwiękami potrafi wywołać gęsią skórkę, zaskoczyć agresywnością. W niektórych piosenkach chłód kompozycji miesza się z ciepłem słów przez nią wyśpiewywanych. W prawie wszystkich główną rolę odgrywa bas, nadaje on melodię i rytm.

Otwierające album Blind porywa swoją prostotą i chłodem. W tle wolno pulsuje bas, a Jenny Lee śpiewa melancholijnym głosem o zaślepieniu dumą i własną opinią. Mimo, że teksty nigdy nie były największym atutem kompozycji Jenny Lee czy nawet jej koleżanek z zespołu, nad tym i kilkoma innymi z Right On! warto się trochę pochylić. Następne, singlowe Boom Boom, to chyba najmocniejszy tekstowo punkt płyty. W wymierzonym w społeczeństwo tekście mowa o wywoływaniu niepokoju, biedzie i wpływaniu na innych ludzi. Wszystko na tle przesterowanego basu, gitary i delikatnych, niepokojących uderzeń perkusji. W Never słychać echa i inspiracje post-punkiem, a śpiew artystki (jak i jej krzyk pod koniec piosenki) nasuwa skojarzenia z Siouxsie Soiux. Skojarzenia zresztą słuszne, bo jak przyznała sama Jenny Lee, Siouxsie Sioux to jedna z jej ulubionych artystek i źródło inspiracji.

Long Lonely Winter spokojnie i jakby leniwie opowiada o chwilach słabości o których nikomu się nie mówi. O momencie w życiu, w którym ma się już wszystkiego dość, a w głowie słyszy się różne myśli, wewnętrzne demony mówiące, że jest się do niczego, wstrzymujące każdą decyzję i wmawiające wyimaginowane rzeczy. Sama autorka tekstu przyznała, że napisała go w takim właśnie momencie, był dla niej jak poezja gdy wylała z siebie wszystkie myśli. Po pewnym czasie do niego. Gdy go nagrywała czuła się już dobrze, ale miała wrażenie, że ten tekst jest dla niej szalenie istotny. Bully z kolei, z przesterowanym początkowo basem opowiada o wszelkiego rodzaju znęcaniu się nad słabszymi osobami, także tym wymierzonym w samych siebie. Riot zaskakuje niepokojącym, rytmem przy których można naprawdę się w czuć w słowa o niechcianej wojnie, którą autorka wypowiada swojemu, przypuszczalnie, partnerowi. To kawałek w rytmie kojarzącym się z plemiennym bębnieniem, w którym wielkie wrażenie robią siła głosu basistki, a także jej krzyk na końcu. Następne He Fresh uspokaja delikatnością i rytmem mierzonym klaskaniem.

Pewien niedosyt zostawia dość banalny tekst o miłości. Offerings to drugi po Boom Boom numer do tańca na domówce fana alternatywy. Przyjemna melodia gitary i piękna gra basu w tle klimatycznie działa cuda i aż chce mi się tańczyć, ale raczej wyobrażam sobie jak robi to sama Jenny Lee. Na White Devil wokalnie udzielił się niejaki Chris Byerly, bliski przyjaciel artystki. Sama kompozycja to niemal w całości melorecytacja na tle niepokojącego rytmu uderzeń perkusji. Swoją siłą, agresywnością zarówno w głosie jak i w grze na perkusji, brzmieniu gitary i basu znów budzi skojarzenia z post-punkiem.
Zamknięcie albumu stanowi klamrę kompozycyjną w postaci Real Life, stanowiącego kontrapunkt do pierwszej piosenki. Pierwsza, pesymistyczna i oparta na niemal samej gitarze basowej, w drugiej słychać tylko gitarę. Niesie ona też ze sobą optymistyczny przekaz, że to prawdziwe życie się liczy (It’s real life that matters) Całość pozostawia niedosyt i apetyt na więcej.

Wygląda na to, że Jenny Lee Lindberg umie zadbać o swoich fanów i sprawić, że nie będą się nudzili. Nagrała płytę, która spodoba się tym wiernym Warpaintowi, ale znajdzie też wielu nowych fanów alternatywy, post-punku i smutnych, melancholijnych, jakby zimnych brzmień. A sama Lindberg nie próżnowała i po zaledwie kilkumiesięcznej przerwie wróciła z koleżankami z zespołu do studia. Panie nagrały świetną płytę, wyruszyły w trasę po Stanach Zjednoczonych. I w prawdzie po tej trasie planują sobie zrobić przerwę, ale przerwa nie oznacza końca projektów. Może zatem drugi solowy album Jenny Lee? Nie mówię nie i czekam.