Dzisiaj ukazał się AIM. Nowy album raperki/performerki M.I.A. Bardzo, bardzo lubię to co tworzy i czekałem na tą płytę z niecierpliwością. Jestem po pierwszym przesłuchaniu w serwisie Spotify. Miałem nadzieję, że po dwóch naprawdę miałkich, ledwo słuchalnych singlach album będzie przynajmniej dobry i pozwoli o tych dwóch zapomnieć. Zawiodłem się. Ta płyta jest.. chyba pierwszą płytą M.I.A. której nie kupię.

Zaczyna się od świetnego Borders w którym artystka pokazała na co ją stać wyrażając opinię i brak wiary w system nami wszystkimi rządzący. Jako, że sama w wieku 3 lat wraz z matką zbiegła z ogarniętej wojną domową Sri Lanki, a jej ojciec walczył po stronie Tamilskich Tygrysów, wie o czym mówi. Ostatnio w wywiadach pytali się jej co sądzi na temat kryzysu uchodźców. Podkreślała, że nie każdy uchodźca to religijny fanatyk, który przybył zabijać. Niektórzy mogą mieć naprawdę problemy, szukać schronienia. To normalne osoby z którymi można się przyjaźnić i nie można ich traktować jak gorszych od innych ludzi.

Po pierwszej piosence następuje kompletne załamanie. Go off, którego praktycznie nie da się słuchać, bo wokal jest strasznie przerobiony w autotune. Nie rozumiem tego.. M.I.A. śpiewać nie umie. Więc po co śpiewa na swoich płytach? A na AIM śpiewa stanowczo za często. Przez nadużywanie autotune’a piosenki tracą na wartości. Trzy najgorsze piosenki na płycie następują po sobie. Po Go off mamy skit Jump in, który brzmi jakby nagrywał go jakiś początkujący pseudoraper przez dyktafon na telefonie. Może tak miało brzmieć? Co artysta miał na myśli? Następna jest kolaboracja z Zaynem Malikiem, który jeszcze nie dawno znany był z tego, że śpiewał w One Direction. OK, rozumiem. Może chciała przyciągnąć do siebie nowych fanów, może tych młodszych. Te wszystkie nastolatki, które szalały na punkcie ww. boysbandu, a dopiero teraz zaczęły dostrzegać bardziej „świadomą” muzykę. Gdyby tylko nie robiła tego w taki sposób. Bo ta piosenka (nazywa się Freedun) brzmi jakby była specjalnie napisana pod radio. Jest nijaka, a Maya Arulpragasam mówi jakby od niechcenia. Jakby się nie starała. Mało tego, ona w warstwie tekstowej kopiuje samą siebie. Powtarza wersy piosenki, którą nagrała na poprzedni album. A na innych piosenkach sampluje swoje utwory. Czy tej pani się skończyły pomysły?

Gdy już przebrniemy przez pierwsze 5 piosenek (wyłączając pierwszą), siódma i ósma zdają się światełkiem w tunelu. Finally i A.M.P. (All My People) brzmią świeżo, dobrze i z pełną mocą. Bezbłędny beat wynagradza wcześniejsze cierpienie. Bird Song – Diplo Remix to zdecydowanie mój faworyt, obłędna melodia na tle głosu M.I.A. jest bardzo chwytliwa. Jedna jeszcze Fly Pirate jest godna uwagi. Sam tytuł jest grą słów: Zamiast Fly Emirates czyli nazwy słynnej linii lotniczej mamy pirata. Sama M.I.A. została pozwana przez wyżej wymienioną firmę lotniczą. W teledysku do Borders nosi koszulkę z logo Fly Emirates przerobioną właśnie na Fly Pirates.

Czy Maya Arulpragasam się skończyła? Czy nie ma już pomysłów na siebie? Mam nadzieję, że nie. Że to tylko jeden słaby album. Choć odnoszę wrażenie, że każda następna płyta, którą wypuszcza od 2010 jest gorsza od poprzedniej…