Jeśli koncert Red Hot Chili Peppers zmiótł mnie z podłogi (tudzież trawy/ziemi), to na koncercie Sigur Rós się na tej trawie/ziemi rozpłynąłem!
Najpierw to poszedłem na Oliviera Heima. Pod barierkami stanąłem. Świetnie brzmiały jego solowe kawałki, bardzo się zaskoczyłem bo jakoś płyta mi nie podeszła. Grał też nowe. Potem w wyniku pewnych zdarzeń znalazłem się pod sceną namiotową, siedziałem i oglądałem Nothing But Thieves. Wokalista często tak wysoko śpiewa, myślałem, że na koncercie będzie różnie (niekoniecznie dobrze głosowo). Tymczasem chłopak podołał zadaniu, koncert był bardzo dobry. Płytę polecam, nazywa się tak samo jak zespół i to porządna dawka świeżego rocka, trochę jednak mainstreamowego. Następnie udałem się pod drugie barierki sceny głównej i czekałem na LCD Soundsystem. Jaki to był mocny koncert! Piosenki, które studyjnie są brzmią elektronicznie, tam miały punkową moc, z gitarą i przytupem. Na pewno zapamietam ten koncert. Tym, którzy nie znają polecam np Us V Them, Daft Punk is Playing at My House czy All My Friends. Nie zrażajcie się długością tych piosenek. No i zostałem w tym samym miejscu na Sigur Rós. Co to było! Uwaga, polecę patosem-jak muzyka rozbrzmiała, a Jónsi zaczął śpiewać, czułem się jak natchniony. CZYSTA MAGIA. Nie da się tego opisać słowami.. trzeba to przeżyć. PJ Harvey, RHCP i Sigur Rós pretendują do miana Alabamy Shakes tego Open’era. Tak, tak. A dzisiaj CHVRCHES!