Czy w drugim dniu Open’era mogło zdarzyć się coś lepszego niż Red Hot Chili Peppers? Odpowiedź brzmi NIE. Ale od początku. Przyjechanie na koncert znów utrudniły mi dzikie hordy jedniodniowców. W tym roku padł rekord frekwencji festiwalowej i można to było odczuć stojąc prawie godzinę w kolejce na autobus. Pełno ludzi w koszulkach z Red Hotami (w tym ja) i pełno ludzi z biało czerwonymi szalikami. Zdążyłem jeszcze na końcówkę koncertu Łony i Webbera. Nie wypowiadam się o jednym kawałku (no, w sumie-fajnie).
Potem już tylko RHCP, ze znajomymi zajęliśmy całkiem dobre miejsce pod sceną główną. Już na godzinę przed koncertem ustawił się tam tłum ludzi. Musieli tam być już na Foals. Foals, swoją drogą, ładnie przygrzmocili i rozgrzali publikę. A setlista Papryczek niemal wymarzona! Same hity jak na przykład Can’t Stop, moje ukochane Otherside, Snow ((Hey Oh)), Californication czy Give it Away (na bisa). Rozgadany był Flea. Popijając prawdopodobnie piwko powiedział o meczu Polska-Portugalia i zaintonował POLSKAAA BIAŁO CZERWONI. Mówił też, że siedział sobie rano na plaży, oglądał wschód słońca i to było takie piękne uczucie, cieszył się, że żyje. Wielkie wrażenie zrobił na mnie Josh Klinghoffer. Jak zagrał dwa kawałki solo. Pierwszym było Close My Eyes Arthura Russella. Jeszcze drugi: zaśpiewał Warszawę Davida Bowiego. Pomyślałem sobie, że mogę umierać. Panowie dawali radę. Między piosenkami sobie cudnie jamowali. Koncert zapadnie w pamięci. Potem poszliśmy na Beirut, ale byliśmy już tacy zmęczeni, że posiedzieliśmy na trawie 3 piosenki i poszliśmy. A dziś nie mogę się doczekać Sigur Rós!