Hej ho! Opowiem wam o pierwszym dniu na Open`er Festival. Z jednymi znajomymi się spotkałem, z drugimi nie, trzeci mnie strasznie wkurzyli. Chyba zapamiętam środę jako Dzień Czekania bo najpierw czekałem prawie dwie godziny w kolejce by wymienić karnet na opaskę, potem półtorej godziny spędziłem w kolejce po opaskę płatniczą. Miałem iść na Shy Albatross, ale czekałem w kolejce i głodny byłem. I tak Natalia Przybysz czarowała głosem bo było ją fajnie słychać, o ile nie zagłuszały ją jakieś rapsy-raz ze sceny głównej, raz z namiotu. Czyli co? Byłem na 3 koncertach jednocześnie?
Zjadłem i poszedłem do namiotu zająć miejsce na koncert PJ Harvey. Prawie półtorej godziny przed, ale co tam. Byłem pod barierkami, pod samiutką sceną z prawej strony! O 20.30 Polly wyszła i zaczęła pieśnią Chain of Keys z jej najnowszego albumu The Hope Six Demolition Project wydanego w tym roku. Towarzyszyła jej na scenie pokaźna grupa muzyków, a ona sama grała na saksofonie. Na koncert składały się głównie piosenki z ww. płyty, z Let England Shake z 2011 roku i pięć piosenek ze starszych płyt. Brzmiało to przepięknie. Słychać było, że na scenie stoją doświadczeni muzycy, Polly to profesjonalistka! Nie odzywała się m między piosenkami, ale jak już raz się odezwała to „Dziękuję, Gdynia! Moi muzyczni!” i przedstawiła po kolei towarzyszących jej muzyków. A, i co najważniejsze: PJ Harvey niczym szamanka przegoniła burzę znad terenu festiwalowego.
Potem miałem iść na Florence + the Machine, ale w wyniku pewnych nieprzyjemnych nieścisłości wylądowałem w Alter Stage na Savages. Nie żałuję. Był ogień, była moc, był punkowy pazur, rockowa energia i czuć było zaangażowanie czterech pań grających na scenie. Później ze znajomymi poszliśmy sobie usiąść pod parasole i z odległości takiej słyszałem Florence. Kiepsko, kiepsko. Nie dawała rady tak dobrze, głos jej siadał. I w sumie długa trasa tego nawet nie tłumaczy. Ale pewnie będzie jeszcze w Polsce, więc nie zrażajcie się jeśli jej słuchacie i nie widzieliście jej na żywo. Może to tylko zły dzień.
Następnie Mac DeMarco. Świetnie, świetnie! Kto nie zna-niech koniecznie sprawdzi bo ten młodu muzyk ma taki talent i charyzmę, że aż się w głowie nie mieści. To był koncert, który MUSIAŁEM zobaczyć. I będę wspominał bardzo dobrze! Tak, na sam koniec dobiłem się rewelacyjnym koncertem Tame Impala. Wielki szacunek dla tego zespołu. W trakcie wokalista podziękował festiwalowym ratownikom medycznym i przyznał, że gdyby nie oni, koncert by się nie odbył. Problemy z gardłem. Jakie problemy? Tego prawie w ogóle słychać nie było! Zagrali genialnie, aż się dziwiłem, że utwory brzmią jak na płycie. Plus wstawki elektroniczne przy których można tylko pomyśleć/powiedzieć WOW. Do hotelu w którym śpię wróciłem o piątej ranem. Było pięknie, a to dopiero pierwszy dzień! Dzisiaj Red Hot Chili Peppers!